|
-Wszystko jest snem-
piątek, 06 kwietnia 2012
Mieszkamy w domu, w którym pod podłogą, w piwnicy pali się ogień na wielkim klepisku. Dom jest drewniany i przez szpary w podłodze przebija się blask żaru. Jest ciepło i wokół zmierzch, przyroda zasypia powoli budząc jednocześnie inną część samej siebie. Nagle coś się dzieje, mój mąż wpada do piwnicy, która staje się pułapką bez wyjścia. Wybiegam na wieś, krzyczę o pomoc, ale wszyscy mnie ignorują, nie jestem taka jak oni, boją się wejść do mojego domu. Wracam więc i patrzę w dół, on leży prawie już nieprzytomny z gorąca, popiół i żar są wokół niego rozłożone niczym pustynne wydmy. Wylewam na niego wiadro zimnej wody, jest takie ciężkie, drugi raz już nie napełnię go sama. Wysyłam dziecko, idź do ludzi, mówię, poproś ich o pomoc, teraz mają jakieś święta, powinni się ulitować. Dziecko idzie i staje przed wszystkimi ludźmi zgromadzonymi jakby w amfiteatrze, wszyscy odświętnie ubrani patrzą na nią a ona płacze i prosi o pomoc dla taty. Ludzie udają, że nie widzą i nie słyszą, przeszkadza im wyraźnie taka prośba, czują się zniesmaczeni. Widzę wreszcie, że ktoś wyprowadza dziecko żeby już dłużej nie przeszkadzało. Wchodzę na scenę i zaczynam krzyczeć: " Skurwysyny!, gdzie wasze współczucie, świętujecie a pod waszym nosem umiera człowiek!" Już mnie wyprowadzają, ale wrzeszczę dalej, wyzywam ich i złorzeczę, rzucam przekleństwa na nich i ich potomków. Kiedy wracam do domu, zmęczona, zła i rozżalona, widzę dwóch mężczyzn nieśmiało przestępujących z nogi na nogę. Jeden międli w rękach czapkę. - My chcieli pomóc - mówią. Uśmiecham się do nich, proszę, wejdźcie, pokażę wam co zrobić. Kiedy oni pracują przed domem pojawia się ludowa kapela, ubrania mają takie jak rumuńskie, ludowe i takież instrumenty. Grają taką ładną piosenkę, nawet znam jej słowa i śpiewam razem z nimi. Budzi mnie dźwięk tej melodii.
czwartek, 15 marca 2012
Jest letni ciepły dzień, a wokół szare, piaszczyste wybrzeże. Siedzimy sobie razem, a on wyraźnie jest we mnie zakochany. Jest miły i dobry, dba o mnie i opiekuje się mną, odgaduje moje wszelkie potrzeby. Chodź do wody, mówi i bierze mnie za rękę. Nie, nie, wzbraniam się, nie chcę, nie lubię. On śmieje się i idziemy, przekomarzając się. Wchodzimy, coraz dalej od brzegu, on trzyma mnie za rękę i uśmiecha się do mnie. Nie, nie chcę, mówię, próbuję zawrócić, ale on namawia mnie żebym została. - Spróbuj się w tym wszystkim rozluźnić - mówi patrząc mi w oczy. Więc patrzę w jego i rozluźniam się, oddycham powoli i głęboko. - Ale, ale...to jest ocean, mówię. Jest ogromny, ta przestrzeń mnie przeraża, myślę, a on znów uśmiecha się do mnie ze zrozumieniem. To ocean, ocean - woda jest zimna, przyjemnie zimna, odświeżająca i przejrzysta...to nie jest woda. To światło! Niebieskie światło...ocean niebieskiego światła... To cudowne, piękne miejsce, czuję jak zalewają mnie fale ogromnej radości i miłości. Przytulamy się do siebie i trwamy tak, wypełnieni światłem i miłością.
środa, 29 lutego 2012
Moczary o zmroku. Dziwna pora. Słońce błyszczy sennymi kolorami w ciemnej wodzie. W ładnym salonie z tarasem wychodzącym na zewnątrz - impreza. Pijemy szampana, rozmawiamy. Lekkie, zwiewne zasłony powiewają delikatnie trącane wieczornym, letnim chłodem. Zbliża się noc. Ktoś woła mnie na zewnątrz, wychodzę, co się stało? Młoda dziewczyna została zamordowana, jej ciało zniknęło, starsza kobieta prosi mnie o pomoc. Dobrze, obiecuję jej, że dowiem się, co się stało. Schodzę konarami starego, rozłożystego drzewa w podziemia, coraz głębiej i głębiej. Zimno tu i wilgoć oblepia wszystko, docieram wreszcie do przestronnej komnaty. Na ziemi leżą ciała, odnajduję wśród nich ciało zaginionej dziewczyny. Wyraźnie wampirowate coś ją załatwiło, chociaż ślady ugryzień rozciągają się wokół całej szyi niczym śmiertelna kolia. Nie żyje, zdecydowanie, ale postanawiam zejść głębiej. Kolejna komnata, tym razem kobieta - zdziwiona moją obecnością. Pomieszczenie jest przestronne, jasne, wypełnione półkami z kolorowymi eliksirami i pachnącymi olejkami. Przedstawiam jej sprawę, obiecuje pomóc, wie jak przywrócić życie dziewczynie. Proszę ją, żeby powiedziała mi, gdyby był jej do tego potrzebny jakiś składnik, obiecuję wtedy pomóc. Ale ona nie wygląda na osobę, której trzeba pomagać. Żegnamy się więc, a ja udaję się z powrotem na górę, muszę tej kobiecie przekazać wiadomość: dziewczyna będzie żyła, ale kobieta musi się uzbroić w cierpliwość. Chwilę to potrwa.
piątek, 24 lutego 2012
Wchodzę do pokoju. Jest jasny. Białe ściany, świece, obrazki. Przyszłam tu z koleżanką, bo chciała się pomodlić. W beżowej trumnie, stojącej na katafalku, po środku pokoju, leży jej tragicznie zmarły kolega. Zapalam świeczkę, piszę na małej karteczce mantrę i zostawiam na stoliku. Nagle coś stuka w wieko trumny, jakby ten leżący w niej chłopak postanowił wykopać nogą górną jej część. Patrzę na swoją dłoń, a w niej trzymam zdjęcie zrobione Polaroidem. Przedstawia inną rękę w geście zapraszającym,a fotografia nakłada się na tło pokoju i idealnie pasuje do wieka trumny. Wybiegam na korytarz, biegnę szybko trzymając za rękę swoje dziecko i zauważam, że biegnę bez butów. Dziecko też. Zimna posadzka, ale przyjemnie. Kiedy dobiegam do szpitala, z którym łączy się ten budynek, mówię pielęgniarce, co się stało. Ona idzie i sprawdza. Wariatko, śmieje się, nieboszczyk ty leży, martwy jak trup. Nie żyje. Nie mógł stukać.
wtorek, 27 września 2011
Złożona struktura senna, wielopoziomowe sytuacje. Mieszkam w wielkim zamku - domu z różnymi ludźmi. Jest tu dużo magii i niewytłumaczalnych zjawisk, ale w jakiś nieokreślony bliżej sposób, jest to dla mnie naturalne, nie dziwią mnie kolejne wydarzenia dziwnej treści. Głównym miejscem, jakby sercem tego zamku są olbrzymie drewniane schody z gustownie rzeźbionymi poręczami. Są stare i wypolerowane przez czas i ludzkie stopy wchodzące nieustannie w górę i w dół. Jest też zapach, specyficzny i odkrywający kolejne stare tajemnice. Pewnego dnia, dzieje się tak, że zamek dzieli się na pół. Sam. Jak gdyby budynek żył i myślał i pewnego dnia postanowił się rozwarstwić. Niemniej rozwarstwienie to odbywa się jedynie na poziomie magicznym. Po prostu przez środek powierzchni podłogi nagle przesuwa się z głośnym skrzypieniem szczelina. Pędzi jak szalona i część osób zostaje z jej jednej a część z drugiej strony. Przeskakuję szybko pędzącą szczelinę aby znaleźć się po drugiej stronie, działam intuicyjnie, szybko, nie myślę. Okazuje się, że wszyscy ci, którzy zostali po niewłaściwej stronie nigdy już nie wyjdą z zamku, są skazani na życie w tym miejscu i nie mogą nawet wejść na schody, ponieważ od reszty świata oddziela ich niewidzialna ściana, przez którą można tylko wejść. Patrzymy na nich, na ich przerażone twarze i nic nie możemy zrobić. Po kilku tygodniach dochodzą nas z góry dziwne jęki i płacze, ludzie wariują, a my musimy tego słuchać. Rozmawiam z ciemnowłosą dziewczyną, w jakiś sposób jest moją koleżanką, czy przyjaciółką. Za kilka lat będzie tu niezła wylęgarnia wampirów, mówię, nie wiem czy stąd nie wiać już. Ale gdzie, wokół późna jesień i góry,a my idziemy niosąc wiklinowe koszyki z żywnością, którą później wrzucimy za zaklętą linię i zmagamy się z zimnym, przenikliwym wiatrem. Kiedy docieramy do zamku i niesiemy pożywienie, przy granicy stoją dwie dziwne postacie i hipnotyzują nas wzrokiem. Czuję, że zaraz tam wejdę, że nie dam rady się powstrzymać. Szybko więc wrzucam kosze i ciągnę za ramię przyjaciółkę, która już stoi na ostatnim schodku. Musimy uciekać! Już wiem, że nie będziemy mogły donosić im pożywienia, bo dzieje się z nimi coś dziwnego. Przy wyjściu do piwnicy atakuje nas olbrzymia poczwara-pajęczyca, walczymy ale w pewnym momencie uświadamiam sobie, że nie żyję. Patrzę na swoje ciało i przyglądam się dłoniom. Wiem, że umarłam, jak więc mam ciało? Ruszam palcami i próbuję to zrozumieć, nagle mnie oświeca, no tak, to jeszcze nawyk, wrażenie. I widzę kobietę, która zmarła niedawno, jeszcze też wierzy w ciało ale powoli to wrażenie się rozpuszcza. Jej dłoń już zanika na końcach, jak dym. Ona sama siedzi obok swojego jeszcze żywego męża i głaszcze go po twarzy. On już niedługo umrze i czuje jej obecność. Wszyscy wokół płaczą z powodu jego niedalekiego odejścia ale on jest spokojny, wolny i wie, że tak być musi.
czwartek, 22 września 2011
Podchodzi do mnie Dorota. Spotykamy się gdzieś w sennej gmatwaninie. Jest piękna, dostojna i ubrana długą, niebieską sukienkę z miękkiego lnu w delikatne, kwiatowe wzorki wyhaftowane nitką w takim samym kolorze. Witamy się, tak się cieszę z tego spotkania... Idziemy do jej starego mieszkania,jest puste, teraz mieszka w nim tylko ona i tylko na czas swojego pobytu tutaj. Jest cicho i przytulnie, nie dochodzą tu żadne dźwięki z miasta. Mieszkanie jest odnowione. Siedzimy w jej pokoju, w piecu strzela cicho palące się drewno, ja leżę na łóżku i patrzę na stare fotografie na ścianach. - Jak tu miło i pięknie, mówię do niej i myślę o tym, że jestem tak totalnie wykorzeniona. Zawsze byłam. Moje miejsca bardzo szybko zmieniają się na nowe. Nie zostało nic z mojego dzieciństwa, nie mogę posiedzieć jeszcze przez chwilę w swoim pokoju, czy w pokoju babci. Te domy już nie istnieją. Dorota siedzi obok i nic nie mówimy, ale ja wiem, że ona wie. Przez chwilę gładzi moją dłoń w milczeniu. Potem wstajemy i idziemy oglądać mieszkanie. Jest wyremontowane, przestronne i czyste. W jednym z pokoi widzę, że ściany są wyklejone nową tapetą, ale spod niej niewyraźnie prześwitują stare, ciężkie słowa, które wypełniały kiedyś tą przestrzeń. Jakby ktoś wypisał je wszystkie na całej ścianie zieloną, woskową kredką, a potem zakleił papierową tapetą, przez którą z czasem zaczęły się przebijać. - Widzisz to? - pytam wskazując na jedno ze słów. Dorota kiwa głową i uśmiecha się. - Tego już nie ma, nie jest to dla mnie w żaden sposób ważne dzisiaj. I uśmiecha się swoim pięknym, promiennym uśmiechem. Uśmiecham się i ja. - A masz może jeszcze ten olejek, pytam? A ona wyciąga z kieszeni małą buteleczkę. Czekam aż wypłynie kropla i rozsmarowuję ją po szyi, zapach rozchodzi się wokół, jest piękny. Wdycham go, zaciągam się nim głęboko i budzę się w nim z poczuciem szczęścia.
piątek, 09 września 2011
Spacer pomiędzy nocą a dniem. Róż szarzeje na horyzoncie, delikatne gradienty nocy. Idę z aparatem, rozglądam się, szukam tematu. Tęcza. Mała tęcza obok mojej drogi, wyciągam aparat, próbuję ją uchwycić. Przy podglądzie zdjęcia widzę, że ktoś na nim jest. Mężczyzna. Przemyka półprzezroczysty i zagląda w obiektyw, widzę wyraźnie jego twarz. Kto to? Przecież nie było tu nikogo... On nie żyje, już wiem. Znowu umarlak, myślę sobie, dziwne, czego mógł chcieć? Zastanawiam się ile takich bytów wciąż jest obok nas a my nie widzimy ich przecież. Idę dalej, dochodzę do gospodarstwa, tu jest dziś wielka impreza, wszyscy będą tańczyć na festynie, pić alkohol i palić różne rośliny. Fajnie, fajnie, myślę sobie ale nie mam na to ochoty. Zmywam się na noc, wracam przed świtem. Ludzie śpią pokątnie, na trawie, na workach z zebranym ziarnem, na drewnianych deskach pustej sceny powiewają samotnie poszarpane kolorowe bibułki. Jest szaro. Słońce jeszcze nie wstało. Mijam worki z warzywami, papryki, kapusta, szczypior...ale widzę, że one są przeznaczone do wyrzucenia, tym ludziom nie są potrzebne. Chcę zabrać jedną paprykę ale śpiący obok chłopak przebudza się i mówi nie zmieniając pozycji: zostaw to, to na kompost. Dziwię się ale ok, macham mu ręką na do widzenia i wychodzę zamykając za sobą drewnianą furtkę. Wchodzę w zimną, przyjemnie obmywającą moje stopy, rosę. Docieram do miasteczka, w starej kamienicy - mieszkanie, w którym mam czekać na innych. Siadam na kanapie wyściełanej wzorzystymi narzutami, które ktoś troskliwie dziergał przez długie wieczory. Rozglądam się. Na ścianie przede mną - zbiór portretów, starych, czarno-białych. Tego samego mężczyzny. Podchodzę bliżej, na jednym zdjęciu ma śmieszny kapelusz i zabawny wąsik. Podpis - Strzyga 1944. Rozpoznaję mężczyznę z mojej fotografii. O nie, nie zostanę tu dłużej ani chwili, znowu strzyga? Czego ona chce ode mnie? Ale w tym momencie dom zapełnia się gwarem, wchodzą ludzie i wielka stara kobieta ubrana na ludowo. To mój Krzyś, mówi, moszcząc się jak kwoka na grzędzie wśród szydełkowych wyrobów. Patrzy na fotografie z tęsknotą i wiem, że ona wie o co tutaj chodzi. Wiem też, że nie powie mi na ten temat ani słowa. Ktoś przyniósł wielki, przezroczysty worek wypełniony poćwiartowanymi zwłokami zwierząt, krew przelewa się między nimi, chce mi się wymiotować. To prezent od naszych przyjaciół z wioski, mówi dziewczyna, która go trzyma i wygląda przy tym na zadowoloną. Wychodzę. Zamykam za sobą drzwi i wychodzę w słońce. W zwykłe, senne plątaniny. Muszę odpocząć.
czwartek, 08 września 2011
Ponownie kamienica, teraz jestem już w mieszkaniu. Patrzę na stare obrazy i tykający głośno zegar w kuchni. To sen, mówię do siebie, to sen. Rozglądam się w okół, ale jest to bardzo mocne, a ja cieszę się, że jeszcze mogę tu być. Kolejny sen to poranek wczesny, letni, kiedy słońce prześwietla jeszcze swoją rześkością. Skraj łąki, widać las. W powietrzu lekki róż zakończony pastelowym fioletem. Świat drży przyjemnie łaskotany parującą rosą. Wąską ścieżką w stronę lasu idzie mała dziewczynka. Boso drepta pewna siebie, ściskając pod pachą ogromną pieczarkę. Grzyb jest prawie tak duży jak ona. Jest piękny, biały i lśni w pierwszych promieniach porannego słońca.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Otwieramy ciężkie, podwójne drewniane drzwi starej bramy, prowadzącej w głąb kamienicy. Ustępują pod naszym zdecydowanym naciskiem. Z ulicy wpada jeszcze trochę światła, które ginie jednak pochłonięte przez panujący tu, gęsty mrok. Podłoga błyska wypolerowanymi starością płytkami, ułożonymi w misterne, dawno już zapomniane wzory. W kącie ściany klatki wejściowej stoi drewniany stary, pomalowany białą farbą kredens kuchenny. Podchodzę do niego i podziwiam wypolerowane przez czas kształty, zarysowane brzegi szuflad i wyblakłe gałki uchwytów. Głaszczę jego drewnianą skórę i zaciągam się zapachami, które w siebie wchłonął. To kredens mojej babci, a ja jestem w tej właśnie kamienicy. Idę więc już pewnie dalej, wchodzę do klatki schodowej, gdzie pną się w górę drewniane, potężne schody, z rzeźbionymi poręczami i metalowymi siateczkami wzmocnień. Każde półpiętro rozświetla ogromne okno osadzone pewnie w drewnianych ramach. Parapet znaczą ślady wyślizganych posiedzeń przez dzieci, szepczących zakochanych i zamyślonych kobiet. Przez mężczyzn palących papierosy w czarnych fifkach. Tych dwoje, którzy mi towarzyszą pną się już w górę, chodź, chodź, wołają mnie. Nie, mówię, jeszcze nie. Siadam na parapecie półpiętra i wyglądam przez okno, za którym rozciąga się widok na dziwną, ale piękną w swojej złożoności, mechaniczną krainę. Wyrasta na wzgórzach, pokryta w całości małymi warsztatami wynalazców, dziwnych maszyn i niezrozumiałych dla mnie kształtów. Widzę jednocześnie, jak to wszystko jest ze sobą powiązane, współgra i istnieje w jakiejś nie znanej mi rzeczywistości. Uśmiecham się do siebie i wstaję. Wchodzę na trzecie piętro, widzę drzwi mieszkania babci. Są wielkie, podwójne i brązowe. Czarny dzwonek z małą, śmieszną wypustką zapowiada gości mieszkańcom. Próbuję podejść do niego i zadzwonić, ale odwracam się, bo ktoś ciągnie mnie za rękaw, zobacz... Po długim korytarzu, ozdobionym trzema podobnymi do siebie drzwiami spacerują umarli. Patrzą na mnie i zatrzymują się, okrążają mnie i patrzą mi w oczy stojąc w milczeniu. Uspokajam się i zaczynam mówić mantrę. Powtarzajcie za mną, mówię i wszyscy zaczynają mówić zgodnym chórem. Rozpuszczam się powoli w dźwięku mantry aż wszystko znika.
niedziela, 29 maja 2011
Stoję po środku wielkiego, zielonego pola nagrzanego południowym słońcem. Jestem sama, pole ciągnie się po horyzont z każdej strony, porasta je soczysta, zielona trawa sięgająca mi prawie przed kolana. Jest przejrzyście i jasno. Widzę ogromne słoneczniki. Idę przed siebie, nasłoneczniam się i podziwiam te wielkie kwiaty, są potężne, wyrastają wysoko ponad ziemię na rozzieleniałych łodygach. Ale piękne, myślę, muszę takie zasadzić u siebie:). |
Archiwum
|